Syzyfowe prace – streszczenie

Bohaterowie:

  • Marcin – ośmioletni syn państwa Borowiczów wysłany do szkoły
  • Helena i Walenty Borowiczowie – jego rodzice pochodzący ze zubożałej szlachty
  • Ferdynand Wiechowski z żoną Marcjanną – nauczyciel szkoły w Owczarach
  • Michcik i Piątek – najlepsi uczniowie szkoły w Owczarach
  • Pani Przepiórkowska, jej dwie córki i syn Karol – zarządzający stancją dla uczniów gimnazjum w Klerykowie
  • Pigwański zwany Poetą, trzej bracia Daleszowscy, Szwarc – współlokatorzy Marcina na stancji
  • Majewski – nauczyciel z Klerykowa o wysokiej pozycji, dorabiający korepetycjami
  • Rudolf Leim, Iłarion Stiepanycz Ozierskij, Sztetter, Nogacki – inni nauczyciele z klerykowskiego gimnazjum
  • dyrektor Kriestoobriadnikow, Zabielskij, nauczyciel historii Kostriulew – Rosjanie uczący w szkole od kolejnego roku szkolnego
  • Antoni Paluszkiewicz zwany Kawką – nauczyciel synów dworskich, zajął się edukacją Andrzeja Radka
  • Andrzej Radek – syn ubogich wieśniaków, który chce się kształcić. Zarabia na swoje utrzymanie, udzielając korepetycji
  • Walecki zwany Figą – niski uczeń odważnie broniący swoich przekonań
  • Pieprzojad – inny kolega z klasy Marcina
  • Bernard Zygier – uczeń przybyły do Klerykowa po wyrzuceniu go ze szkoły warszawskiej
  • Marian Gontala – uczeń, który urządził na strychu domu własny pokój, w którym chłopcy mogli bez obaw dyskutować
  • Anna Stogowska – córka lekarza i Rosjanki, nazywana Birutą. Zakochał się w niej Marcin Borowicz

„Syzyfowe prace” – streszczenie szczegółowe lektury

Rozdział 1

Marcina Borowicza poznajemy jako ośmioletniego chłopca, który czwartego stycznia został odwieziony saniami przez wzruszonych rodziców do szkoły w Owczarach. Państwa Borowiczów, chociaż posiadali ziemię i należeli do szlachty, nie stać było na utrzymanie guwernanta, wiązali zaś z synem wiele nadziei. Zostało ustalone z nauczycielem, że Marcin będzie mieszkał wraz z nim i jego żoną. Na miejscu Marcin poznał swojego przyszłego belfra Ferdynanda Wiechowskiego wraz z małżonką Marcjanną (zrobili na nim złe wrażenie), a także innych domowników – między innymi służącą Małgosię oraz uczennicę Józię. Marcin, choć początkowo nie docierała do niego nieodwołalność decyzji rodziców, gdy usłyszał, jaką zapłatę otrzymują państwo nauczycielowie za udzielenie mu gościny, pojął, że naprawdę zostanie w szkole.

Po średnio przespanej nocy Marcin został zaprowadzony do klasy lekcyjnej. Pani Marcjanna wskazała mu miejsce obok Piotra Michcika, który był najlepszym uczniem pana Wiechowskiego. Michcik bardzo dobrze znał alfabet rosyjski i świetnie mówił w tym języku, a jedyną jego słabością była arytmetyka. Oprócz niego jedyną osobą jako taką potrafiącą czytać po rosyjsku był Wicek Piątek. Reszta uczniów zupełnie nie orientowała się w tym, co było nauczane – zaś pan Wiechowski niezwykle uparcie kazał dzieciom śpiewać rosyjskie pieśni i czytać w tym języku.

Rozdział 2

Marcin, chociaż otrzymywał prywatne korepetycje od swojego nauczyciela i dobrze radził sobie z pisaniem i czytaniem po rosyjsku, bardzo ciężko przyswajał arytmetykę. Choć same działania na liczbach były dla niego dosyć jasne, potrzeba opisywania wszystkiego w języku rosyjskim była przeszkodą nie do pokonania. Marcinowi zabraniano bawienia się z innymi uczniami – by go chronić, trzymano go w odosobnieniu. Jedyną rozrywkę dla chłopca stanowiły marzenia o ponownym zobaczeniu rodziców (postanowili oni odebrać syna dopiero w okresie wielkanocnym) oraz wyglądanie przez okno i obserwowanie zmieniającego się krajobrazu zimowego.

Na początku marca nauczyciel Wiechowski wrócił z sąsiedniej miejscowości z mrożącą krew w żyłach wiadomością – w kolejnych dniach sam dyrektor miał wizytować szkołę w Owczarach, podobnie jak sąsiednie placówki. Na wszystkich padł strach. W szkole wyszorowano sprzęty i podłogi, pani Marcjanna zaczęła przygotowywać smakołyki, które mogłyby zadowolić dyrektora, zaś pan Wiechowski zaopatrzył się w dziesięć butelek piwa warszawskiego i jedną portera oraz pudełko sardynek. Dzień przyjazdu dyrektora był przez wszystkich niezwykle wyczekiwany, zaś zadaniem Marcina było wyglądanie posłańca. Przybyły w olbrzymim futrze mężczyzna nie chciał poczęstunku i od razu przeszedł do odpytywania uczniów. Pozwolił panu Ferdynandowi Wiechowskiemu wybrać ucznia do czytania tekstu (był to Michcik), a później przepytać drugiego ze studentów (Piątka). Jednak gdy okazało się, że pozostałe z dzieci nie potrafią mówić ani czytać po rosyjsku, dyrektor wpadł w złość. Oznajmił, że sztuczki mające go zwieść stosowane są w niemal każdej szkole, zaś wdrażanie języka rosyjskiego jest w Owczarach najwyraźniej nieskuteczne, więc pan Wiechowski powinien pożegnać się ze swoim stanowiskiem. Po tym wyszedł.

Pan Ferdynand wpadł w rozpacz i zaczął wypijać zakupione wcześniej butelki piwa. Po chwili dyrektor nieoczekiwanie powrócił i oznajmił zdumionemu nauczycielowi, że zmienił zdanie i postanowił podwyższyć mężczyźnie pensję. Okazało się, że matki uczniów dowiedziały się o wizycie dyrektora i przyszły ze skargą. Poskarżyły się, że nauczyciel nie uczy dzieci języka polskiego, lecz ciągle każe im śpiewać po rosyjsku, co niezwykle zadowoliło dyrektora:

Dokładne streszczenie "Syzyfowych prac" Stefana Żeromskiego

Rozdział 3

Szkołę w Klerykowie w okresie naboru nowego rocznika okupował tłum rodziców – przedstawicieli urzędników, szlachty, duchowieństwa, a nawet zamożniejszego chłopstwa. Pani Borowiczowa przybyła wraz z Marcinem, jednak jej wysiłki spełzły na niczym – nauczyciele ignorowali rodziców, nie udzielali żadnych informacji i przeciągali proces rekrutacji. Niektórzy z rodziców przebywali w Klerykowie już od ponad tygodnia, nie wiedząc nawet, kiedy odbędą się egzaminy wstępne i jak długo będą trwały.

W hotelu panią Borowiczową odwiedził żyd określający się jako kupiec zbożowy. Za opłatą zasugerował jej, by uczyniła podobnie jako jego brat, który oddając syna do gimnazjum wykupił korepetycje u jednego z nauczycieli – pana Majewskiego. To zagwarantowało przyjęcie dziecka do gimnazjum. Pani Borowiczowa, choć musiała liczyć się z każdym groszem, postanowiła pójść za radą Izraelity i za 25 rubli wykupić osiem godzin korepetycji u nauczyciela.

Rozdział 4

Okazało się, że Marcin skorzystał tylko z trzech spotkań, gdyż ogłoszono egzaminy wstępne, podczas których osoby, którym udzielał lekcji pan Majewski były promowane, zaś pozostali kandydaci odpadali. W ten sposób Marcin dostał się do klerykowskiego gimnazjum. Gdy rodzice odrzuconych kandydatów próbowali dopytywać, co mogą zrobić, aby ich dzieci dostały się do szkoły, otrzymali agresywną odpowiedź:

Syzyfowe prace - rusyfikacja

Pani Borowiczowa postanowiła, że na czas nauki w gimnazjum Marcin zamieszka u jej dawnej znajomej, pani Przepiórkowskiej, znanej powszechnie jako Stara Przepiórzyca. Kobieta prowadziła stancję dla uczniów i sporo policzyła sobie za opiekę nad nowo upieczonym gimnazjalistą. Podczas pierwszej wizyty pani Borowiczowa była świadkiem dyskusji prowadzonej przez emerytów, przyjaciół pani Przepiórkowskiej, którzy spierali się, czy wysyłanie dzieci do szkół jest zasadne, oraz dyskutowali o polityce.

Rozdział 5

Życie szkolne nie było dla Marcina łatwe. Na stancji czuł się bardzo samotny, współlokatorzy traktowali go z wyższością, a w szkole nie znajdował przyjaciół. Podczas przerw chłopcy zwykli się bić bądź obrzucać kasztanami, wskutek czego uczniowie klasy wstępnej wracali do po przerwie klasy pełni nowych guzów. Borowicz bardzo starał się uczyć jak najlepiej, aby nie zawieść oczekiwań swojej matki, jednak pomimo korepetycji udzielanych mu przez siódmoklasistę mieszkającego na tej samej stancji – Wiktora Alfonsa Pigwańskiego, znanego też Poetą, nadal nic nie rozumiał z języka rosyjskiego i arytmetyki. Pan Majewski, który początkowo z życzliwością traktował Marcina, gdy zorientował się, że jego rodzice nie są bogaci, okazywał mu coraz mniej sympatii.

Jednak Marcin szybko zdał sobie sprawę, że nie jego sytuacja jest najgorsza. Jeden z uczniów klasy wstępnej, Romcio Gumowicz, był synem biednej akuszerki, i jego życie przedstawiało się znacznie trudniej: „Pan Majewski wzywał go często do katedry, wytykał mu jego wady, próżniactwo, niedołęstwo, osłostwo, wspominał o biedzie i procederze stare matki, o niskim jego pochodzeniu i wystawiał go na urągowisko. Wszyscy w klasie, nie wyłączając nauczyciela, chichotali, gdy pucołowaty Romcio stawał przy tablicy. Miał on zawsze kajety w porządku, wiedział najlepiej, jaki rozdział przeznaczony jest do opowiadania, i umiał doskonale zadane, ale czytał tak gdaczącym głosem, tak paradnie syczał, dmuchał i jęczał, namyślając się przy dodawaniu, że koniec końców dostawał zazwyczaj dwójkę”. Choć początkowo Marcin wraz z nauczycielem i uczniami wyśmiewał się z Gumowicza, widząc, jak chłopiec zmaga się z życiem szkolnym, Marcin po raz pierwszy w życiu poczuł wobec kogoś współczucie.

Rozdział 6 i 7

Na wiosnę tuż przed Zielonymi Świątkami pani Borowiczowa miała do załatwienia sprawę blisko gimnazjum w Klerykowie, i uprosiła o urlop dla syna. Przyjeżdżając do Gawronek, chłopiec poczuł wielkie wzruszenie, że znów jest w domu. Z ciekawością wysłuchał historii służącego Jędrka o tym, jak ktoś miesiąc wcześniej ktoś ukradł ukochaną przez cały folwark gniadą klacz.

Kiedy Marcin otrzymał promocję do pierwszej klasy, stracił cały zapał do nauki. W lecie zmarła jego matka. Chłopiec początkowo nie odczuwał straty i podczas pogrzebu udawał rozpacz, bo wydawało mu się, że inni tego oczekują. Jednak gdy zobaczył pustą sypialnię swojej mamy, dotknęło go poczucie straty. Pan Borowicz musiał się zająć nie tylko tym, co dotąd stanowiło jego zajęcie, ale również kobiecą częścią gospodarstwa, więc nie miał zbyt wiele czasu dla syna. Starał się zarobić dość, by zapewnić Marcinowi wikt i opierunek w Klerykowie, lecz nic ponadto. Od śmierci matki Marcin czuł, jakby nie miał już na świecie nikogo bliskiego.

Chłopiec wpadł w złe towarzystwo. Zaczął ściągać i oszukiwać nauczycieli, a najlepszych sztuczek uczył się od Wilczka, syna bardzo bogatej lichwiarki Wilczkowskiej. Pewnego razu w zimie Wilczek wyciągnął Marcina na wagary, by uniknąć mszy świętej. Początkowo młody Borowicz cieszył się ucieczką, lecz szybko zmarzł na tyle, by stwierdzić, że wraca do kościoła. Nie było to jednak łatwe – musiał dostać się na chór, a u szczytu schodów natrafił na modlącego się księdza Wargulskiego. Wystraszony Marcin schował się we framudze okna i czekał na moment, kiedy mógłby się obok niego prześliznąć. Tymczasem w momencie odśpiewania hymnu do księdza Wargulskiego przybiegł po schodach rosyjski inspektor. Był wściekły, że hymn został odśpiewany po polsku, a nie, jak zalecił, po rosyjsku. Ksiądz Wargulski zimno odrzekł, że była to jego decyzja, i dopóki żyje, hymn w jego kościele będzie śpiewany po polsku. Inspektor rzucił się do drzwi chóru, lecz ksiądz schwycił go za kark i zniósł po schodach, po czym wyrzucił za drzwi. Marcin był tego świadkiem i niezwykle go to rozbawiło, jednak wracający ksiądz Wargulski, natrafiwszy na chłopca, nakazał mu zachowanie tajemnicy i obiecanie, że nigdy nikomu nie wyjawi, co właśnie zaszło.

Rozdział 8

W rozdziale ósmym opisani są nauczyciele gimnazjum w Klerykowie.

  • Rudolf Leim – gospodarz klasy pierwszej, nauczyciel łaciny pochodzący ze spolszczonej rodziny niemieckiej. Znał historię powszechną i języki, jednak po zmianie ustroju spadł z pozycji szanowanego nauczyciela do wychowawcy pierwszoklasistów – po rosyjsku mówił słabo, zaś nauczanie historii odtąd zaczęło wiązać się głównie z historią Rosji. Nigdy nie opuścił lekcji, choć zwykle był zakatarzony i kaszlał. Uczniowie stroili sobie żarty z jego pieroga, czyli staromodnego kapelusza. Leim jednak uważał, że nie będzie zmieniał swojego okrycia głowy. Potrafił jednak utrzymać klasę w ryzach, a uczniowie się go bali i poważali go.
  • Iłarion Stiepanycz Ozierskij – nauczyciel języka rosyjskiego wyglądający zabawnie i będący przedmiotem drwin gimnazjalistów. Nie miał charyzmy i nie potrafił utrzymać w klasie dyscypliny. Zdarzało się, że padał ofiarą żartów – np. podczas lekcji uczniowie pod blatami biurek dzwonili dzwoneczkami, a gdy Ozierskij szedł sprawdzać, kto przeszkadza, potykał się o linę przywiązaną do stolików. Kiedy wywoływał do odpowiedzi uczniów, na środku stawała zawsze ta sama osoba i o cokolwiek była pytana, udzielała tej samej odpowiedzi.
  • Pan Sztetter – nauczyciel języka polskiego odbywającego się cztery razy w tygodniu. Bał się o swoją posadę i pozycję dzieci uczęszczających do gimnazjum. Nie przykładał się do lekcji (przypadały one zwykle na ósmą rano), zaś czytanie tekstów polskich kończyło się przekładaniem ich na język rosyjski i dokonywaniem rozbiorów zdań właśnie w tym języku. Sztetter, podobnie jak wykładany przez niego przedmiot, nie był szanowany przez uczniów, którzy często bezczelnie wymykali się z lekcji.
  • Pan Nogacki – nauczyciel arytmetyki – surowy, wymagający, sumienny i sprawiedliwy. Potrafił dobrze nauczać, a jego wykłady zmuszały chłopców nie tylko do mówienia, ale i myślenia po rosyjsku.

Rozdział 9

Czas upływał, a Marcin radził sobie w szkole coraz lepiej, chociaż nie nadzwyczajnie. Pewnego razu wraz z braćmi Daleszowskimi oraz Szwarcem, swoimi współlokatorami, strzelał z pistoletu: „Ta stara broń, prawdopodobnie zabytek archeologiczny, była przywieziona z domu przez dardanelskiego Szwarca. (…) Prochu dostawali za grube pieniądze bracia Daleszowscy, podówczas już drugoletni czwartoklasiści, od jakiegoś feldfebla z rezerwy konsystującej w mieście; kapiszony i śrut kupowano z funduszów składkowych”. Chłopcy zostali nakryci przez żandarma. Bracia Daleszowscy uciekli, zaś Szwarca i Marcina złapano, zaprowadzono do szkoły i zamknięto na noc w klasie. Po wsi rozniosła się wieść, że zatrzymani byli konspiratorami, komunistami i zbójcami: „Nazajutrz w pewnych sferach miasta krążyła pogłoska, że na przedmieściu złapano uzbrojony oddział konspiratorów, w innych twierdzono, że owi konspiratorzy są to socjaliści, czyli komuniści — jeszcze w innych sferach utrzymywano na „pe”, że schwytani zostali czterej zbójcy, obładowani rewolwerami, dynamitem oraz kindżałami — i wymieniano nazwiska: Łukasik, Banasik, Wątroba i Józef Zapieralski.”

Rankiem Borowicza i Szwarca poprowadzono przed oblicze Rady Pedagogicznej. Groziło im wydalenie z gimnazjum. Dyrektor zapytał, czy strzelali z broni. Szwarc natychmiast zapewnił, że nie strzelał z żadnego pistoletu. Marcin okazał się być mądrzejszy – zorientował się, że nauczyciele wiedzą, że rzeczywiście mieli pistolet, więc powiedział: „Tak, panie dyrektorze… — rzekł cicho i głosem pełnym boleści — strzelałem, ale bez prochu…”. To sprawiło, że wszyscy nauczyciele zaczęli rechotać: „Słyszane rzeczy… strzelał bez prochu. Co za bezczelny i niebezpieczny konspirator!”. Chłopcom dano kolejną szansę i wypuszczono ich do domu.

Marcin poszedł do kościoła. Znalazł ustronne miejsce, uklęknął i zaczął się modlić. Poczuł się lepiej. Następnego ranka znów pojawił się w kościele i znów się modlił. Modlitwa sprawiała, że czuł jakiś porządek i kontrolę w swoim życie. Dzięki odczuwaniu obecności Jezusa przypominała mu się także matka i nie odczuwał już samotności.

Rozdział 10

Wakacje pomiędzy klasą czwarta i piątą Marcin spędził w rodzinnych Gawronkach. Ciężkim przeżyciem był dla niego widok zapuszczonego domu. Piękne rabaty pani Borowiczowej zniknęły, dom był brudny i zaniedbany, zaś sprzęty regularnie kradzione przez służących. Kiedy pierwszego ranka ojciec wręczył mu strzelbę i poprosił o dopilnowanie sianokosów. Marcin poczuł się dumny i obiecał sobie, że nie zawiedzie zaufania ojca. Jednak podczas pracy szybko uwagę jego odwróciły kaczki, za którymi błądził aż do późnego wieczora. Odtąd całe dnie, a czasami i noce spędzał na tropieniu ptactwa, chociaż rzadko zdarzało mu się coś upolować.

Gawronki były najuboższą wsią w okolicy. Znajdowało się tam tylko osiemnaście domów, a gospodarze nie mieli więcej niż trzy morgi gruntu. Z racji położenia pod stokiem, woda wymywała ziemię, pozostawiając kamieniste i nieurodzajne pola. Nikt nie miał konia, więc w czasie orki pożyczano go od mieszkającego w pobliskim Bukowcu Scubioły. Ten żądał za pomoc części plonów bądź pracy na swojej roli, a ziemi miał dużo, gdyż często przejmował gospodarstwa i pola od niewypłacalnych sąsiadów. Najbiedniejszym gospodarzem w Gawronkach był Lejba Koniecpolski. Mężczyzna miał liczną rodzinę, która przez większość roku głodowała. Pole orał, wraz z żoną ciągnąc pożyczony od sąsiada pług, zaś jedyne pieniądze zarabiał okresowo, wyrabiając trepy (rodzaj butów), oraz czasem handlując chlebem.

Najbardziej znanym mieszkańcem Gawronek był Szymon Noga, słynny z bycia zapalonym myśliwym. Potrafił wytropić każde zwierzę i gdyby nie pilnowano go, wytrzebiłby całą okolicę z ptactwa i zwierzyny. Wyprowadził raz Marcina w pole, kiedy obiecał mu polowanie na głuszce. Kazał chłopcu kupić wódkę i wysmarować się nią, oraz przygotować prowiant. Następnie wyruszyli tropić ptaki. Po drodze Noga zjadł jedzenie, które przygotował Marcin, i kazał mu dmuchać w maszynkę do wabienia, co chłopak zaciekle czynił aż do wieczora. Tymczasem najedzony Noga upił się i poszedł spać za krzakami.

Rozdział 11

„Po powrocie z wakacji Borowicz zastał w gimnazjum duże zmiany. Znikł z horyzontu miasta Klerykowa dyrektor gimnazjum, przeszedłszy do emerytury; przeniesiony został do innej szkoły inspektor, ustąpił zupełnie stary Leim, jeden z pomocników gospodarzy klas i dwaj nauczyciele historii. Na ich miejscu figurował nowy zarząd: dyrektor Kriestoobriadnikow, inspektor Zabielskij, nowy nauczyciel łaciny Rosjanin Pietrow, pomocnik gospodarzy klasowych Mieszoczkin i nauczyciel historii Kostriulew”. Zmiany te zupełnie odmieniły oblicze szkoły. Dyrektor kazał tropić uczniów, odwiedzać ich o każdej porze na stancjach i przeszukiwać ich rzeczy w poszukiwaniu zakazanych książek polskich, a także zwiększać wysiłki dążące do rusyfikacji.

Całkowicie zabroniono mówienia w szkole po polsku, co polscy nauczyciele respektowali, gdyż bali się o swoje posady. Uczniom zabraniano chodzenia do teatru, chyba że na sztuki wystawiane po rosyjsku. W klasie Marcina Borowicza pewien chłopak stwierdził, że warto by iść na jedną z wystawianych sztuk, na co ktoś z dalszej ławki bąknął, że tylko idiota by szedł do takiego teatru, a to poparte zostało milczącą zgodą reszty chłopców. W Marcinie wywołało to wzburzenie i bunt, więc stwierdził, że na przekór wszystkim sam pójdzie na tę sztukę, co też uczynił.

Sztuka teatralna wywarła na nim wielkie wrażenie. Marcin spostrzegł, że jest obserwowany przez dyrektora, a podczas przerwy wraz z innymi uczniami (głównie synami urzędników) został przez pana Majewskiego zaprowadzony do loży i przedstawiony dyrektorowi oraz innym ważnym osobistościom. Następnego dnia uczniowie próbowali się wyśmiewać z Marcina, ale ten na to nie zważał, gdyż awansował na faworyta inspektora Zabielskiego, który odtąd często zapraszał go do swojego gabinetu, częstował go ciastkami i dyskutował z nim: „Tegoż dnia po lekcjach Zabielskij prosił Marcinka o zaniesienie do jego inspektorskiego mieszkania kajetów z ćwiczeniami klasy piątej. W domu inspektor przyjął Borowicza bardzo gościnnie. Usadowił go w zacisznym gabinecie swoim na miękkiej sofie, pokazywał mu albumy ze ślicznymi fotografiami, kolekcję ładnych sztychów, ilustrowane wydawnictwa, książki swoje, a nawet zbiór bezkrytyczny rozmaitych monet. (…) Dużo przy tym mówił o nieufności, jaką mu okazują uczniowie klasy piątej, żalił się na to, że go ani jeden nie odwiedza, że nie zajdzie na otwartą, braterską pogawędkę o tym, czego młodzież chce, co jej dolega, jakie są jej pragnienia i cele”.

Rozdział 12

Jędruś Radek był synem bardzo biednego fornala (robotnika obsługującego konie) w Pajęczynach Dolnych. Od najmłodszych lat pracował, pasąc gęsi i pilnując świń. Wraz z innymi chłopakami uwielbiał spędzać czas, przedrzeźniając Antoniego Paluszkiewicza zwanego Kawką. Mężczyzna był mieszkającym we dworze nauczycielem dwóch pańskich synów, człowiekiem niezwykle kochającym naukę. Pewnego razu, gdy Jędruś dał kolejny popis przedrzeźniania, Kawka schwycił go i wciągnął do swojego mieszkania. Malec był wystraszony i przekonany, że otrzyma lanie, jednak nauczyciel dał mu książkę o zwierzętach, która go niezwykle zainteresowała. Odtąd chłopiec spędzał u nauczyciela cały czas wolny, często zaniedbując swoje obowiązki, co denerwowało jego rodziców i nierzadko kończyło się laniem od ojca. Radek bardzo szybko nauczył się czytać i pisać – także w języku rosyjskim.

Nauczyciel, cierpiąc na suchoty (gruźlicę), niemal siłą wziął chłopca od rodziców i umieścił go w Progimnazjum Pyrzogłowskim, opłacił koszty jego utrzymania na taniej stancji, sam zaś wynajął dla siebie pokoik i korzystał z odłożonych kilkuset rubli oszczędności. „Chłopak najadł się cierpień i wstydu niemało, zanim jako tako przystał do poziomu pyrzogłowskiej kultury. Dzięki korepetycjom opiekuna uczył się wybornie i z pochwałą przeszedł do klasy drugiej”. Wkrótce nauczyciel zmarł, pozostawiając resztę pieniędzy właścicielce stancji z przeznaczeniem na utrzymanie Andrzeja do końca roku. Jednak w trzeciej klasie Radek dawał już sobie radę sam, udzielając korepetycji i w ten sposób się utrzymując – cierpiał co prawda biedę i głód, ale skończył klasę czwartą, piątą, zdał patent i postanowił kontynuować edukację w gimnazjum w Klerykowie.

Chłopca poznajemy podczas drogi, gdy w upale, biednym ubraniu i niewygodnych brzydkich butach idzie do Klerykowa. Podwózkę zaproponował mu przejeżdżający obok szlachcic, który, gdy dowiedział się, że Andrzej Radek potrafi udzielać korepetycji, zawiózł do do domu swoich znajomych Płoniewiczów, którzy potrzebowali pomocy dla swoich dzieci i zaoferowali mu mieszkanie i jedzenie w zamian za pracę z ich pociechami. Micia była lotna i nie potrzebowała wiele pomocy, jednak chłopiec był ciężkim przypadkiem. Władzio Płoniewicz w szkole utrzymywał się dzięki łapówkom ojca. Nie potrafił niczego zapamiętać i niewiele rozumiał. Andrzej Radek ciężko z nim pracował. Od rana aż do późnego popołudnia czas spędzali w szkole. Później wracali, jedli lichy obiad, który Radka wcale nie sycił, i tuż po posiłku przystępowali do korepetycji, które nierzadko kończyły się po północy. Andrzej dopiero wówczas mógł się zająć swoją nauką. Dzięki cierpliwości, obserwacji Władzia i dobremu podejściu był dobrym korepetytorem dla chłopca. Cieszył się też ze swojego pokoju, który – choć brudny, mały i pełen szczurów, był jego własnym miejscem.

Syzyfowe prace - jak uczniowie traktowali Andrzeja Radka

W szkole wyśmiewano się z chłopskiego akcentu Andrzeja Radka. Pewnego razu, gdy stał przy tablicy i stał się obiektem żartów klasy i samego nauczyciela, nie wytrzymał i po rozwiązaniu zadania rzucił się na ucznia, którego komentarz („Wojtek, ady k’sobie!”) szczególnie go zranił. Z tego powodu został przez dyrektora wyrzucony ze szkoły. Jedyną osobą, która chciała mu pomóc, był Marcin Borowicz. Wstawił się za nim i dyrektor postanowił dać Radkowi jeszcze jedną szansę. Andrzej był oszołomiony uczynkiem chłopca, którego widział pierwszy raz i który pomógł mu całkiem bezinteresownie.

Rozdział 13

W szóstej klasie gimnazjum środowisko uczniów mocno się podzieliło. Sprzyjał temu fakt, że z uczniów, którzy wraz z Marcinem rozpoczęli naukę, pozostało zaledwie kilkunastu, resztę zaś stanowiły osoby powtarzające klasę lub nowo przybyli. „Jedna gromada, do której należał Borowicz, jego adherenci, Rosjanie i Żydkowie, zostawała pod wpływem inspektora i reprezentowała poniekąd maleńkie stronnictwo ugodowe; druga była zupełnie bezbarwna, wrogo usposobiona względem pierwszej i ubierała się, o ile tylko można, elegancko. Zarówno pierwsza jak druga grupa piastowała w swym łonie różne odcienie wywołane przez związki krwi, zamieszkanie na wspólne stancji, kopcenie wspólnych papierosów, „ściąganie” ze wspólnych podręczników albo zapalanie się do tych samych pensjonarek. Część inspektorska nosiła pogardliwe miano „literatów” — część druga sama ochotnie przezywała się ligą wolnopróżniaków”.

Literaci, za sprawą Marcina, spotykali się w każdą niedzielę, by czytać dzieła rosyjskiej literatury i wygłaszając prorosyjskie referaty, zaś wolnopróżniacy spędzali czas, grając w karty. Obie grupy jednak zafascynowane były zakazanymi księgami, np. History of civilisation in England Henryka Tomasza Buckle’a, którą jeden z uczniów znalazł w bibliotece wuja. Dzieło to sprawiło, że niektórzy uczniowie (w tym Marcin) zaczęli inaczej postrzegać filozofię, przyjmując teorię materializmu (istnieje tylko świat materialny). Książka Buckle’a stała się przyczynkiem do wielu rozmów i sporów, choć literaci obawiali się ją czytać z uwagi na niezgodność z programem szkolnym. W przypadku Borowicza (wtedy mieszkał już na stancji u Czarnej Pani i udzielał korepetycji dwóm młodszym chłopcom) sprawiła ona, że zaczął sam głębiej studiować matematykę oraz grekę i łacinę, by lepiej zrozumieć jej treści, a także stał się specjalistą od ateizmu.

Syzyfowe prace - streszczenie szczegółowe - buckleisci
Syzyfowe prace - historia Buckle'a

Rozdział 14

Nauczycielem historii był Kostriulew, który jako zagorzały rusyfikator za cel wziął sobie obrzydzanie uczniom Polski i katolicyzmu. Skupiano się na dziejach Rosji, zaś o Polsce czytano tylko pogardliwe i ośmieszające wzmianki. Na każdej lekcji Kostriulew stosował tzw. dopełnienia, czyli teksty mówiące o skandalach w kościele katolickim. Pewnego dnia odczytał informację o zakonnicach, które miały mordować nowo narodzone dzieci. Jeden z uczniów, Walecki zwany Figą, sprzeciwił się odczytywaniu tego tekstu: „Panie nauczycielu! — mówił „Figa” głosem wzburzonym, drżącym, ale do najwyższego stopnia zuchwałym — ja… to jest… ja w imieniu moich kolegów… uczniów klasy siódmej, ja proszę, ażebyś pan nie czytał tutaj podobnych rzeczy. (…) Ja jestem katolikiem i nie mam prawa słuchać tego, co pan czytasz. Dlatego w imieniu całej klasy, w imieniu… całej klasy…”. Nauczyciel wściekły wybiegł z klasy, zaś Marcin skomentował kolegę słowami: „To ci ognisty katolik!”, co rozwścieczyło Figę, który w odwecie nazwał Marcina libertynem.

Nauczyciel powrócił z dyrektorem i uczniowie zostali zapytani, czy istotnie Figa wypowiadał się w imieniu całej klasy. Nikt nic nie odpowiedział, więc dyrekcja zaczęła przepytywać każdego z osobna. Jako pierwszy odpowiedzi udzielił Borowicz: „Ja nie mogłem do wystąpienia namawiać kolegi Waleckiego, gdyż uważam za bardzo użyteczne te „dopełnienia”, które nam właśnie czytał profesor Kostriulew. Był to krytyczny rzut oka na machinacje jezuitów w upadającej i upadłej Polsce. Mnie się zdaje, że my wszyscy z przyjemnością słuchaliśmy uwag nadprogramowych i muszę wyznać, że Walecki protestował tylko we własnym swoim imieniu”. W podobny sposób odpowiadali inni uczniowie, choć później Marcin został uznany przez większość za łajdaka. Walecki miał zostać wydalony ze szkoły, jednak dzięki wstawiennictwu matki karę tę zamieniono na rózgę.

Rozdział 15

Do gimnazjum w Klerykowie przybył Bernard Sieger, który przedstawiał się jako Zygier. Zamieszkał u Kostriulewa, który bardzo go pilnował i nie pozwalał mu nigdzie wychodzić. Po Klerykowie rozeszła się wieść, że Zygier został wydalony z Warszawy z wilczym biletem, ale nikt dokładnie nie wiedział za co. Dopiero później ktoś odkrył, że wyrzucono go ze szkoły za nieprawomyślność. Był bystry i choć zadania zajmowały mu nieco czasu, ze wszystkich się wywiązywał. Ostatnią lekcją był język polski. Nauczyciel zapytał Zygiera, co przerabiali w Warszawie. Chłopak przyznał, że poza lekcjami czytywał romantyków, choć nie wszystkie teksty mógł dostać. Gdy profesor Sztetter zapytał go, czy zna coś na pamięć, Zygier zaczął recytować „Redutę Ordona” Adama Mickiewicza:

Marcin Borowicz przeżył wstrząs. Zdał sobie sprawę z tego, że słowa te nie są opowiadaniem, a prawdziwym zapisem wydarzeń, przeżyć i poświęceń jego rodaków. Przypomniał sobie historię o zamordowanym przez dwóch Moskali powstańcu pochowanym pod świerkiem na wzgórzu w pobliżu domu, którą opowiedział mu Szymon Noga. „Serce Marcina szarpnęło się nagle, jakby chciało wydrzeć się z piersi, ciałem jego potrząsało wewnętrzne łkanie. Ścisnął mocno zęby, żeby z krzykiem nie szlochać. Zdawało mu się, że nie wytrzyma, że skona z żalu. Sztetter siedział na swym miejscu wyprostowany. Powieki jego były jak zwykle przymknięte, tylko teraz kiedy niekiedy wymykała się spod nich łza i płynęła po bladej twarzy”.

Rozdział 16

Marianowi Gontali udało mu się uprosić właściciela domu, by mógł przygotować sobie i zająć pokoik na poddaszu nazywany „górką”, gdzie odtąd bez bycia podsłuchiwanymi mogli się spotykać chłopcy (na czatach wystawiano dwóch braci Gontali). Kiedy po korepetycjach Marian miał czas, stawiał w okienku świecę, którą widział ze swojego okna Borowicz. Zygier wymykał się spod kurateli Kostriulewa około dziesiątej w nocy, a pozostałymi członkami paczki byli też Walecki, Pieprzojad i Radek, który stał się najlepszym przyjacielem Zygiera. Chłopcy czytywali tam romantyków oraz inne zakazane dzieła. „Duszą i kierownikiem był Zygier. Dzięki jego wpływowi kierunek i nastrój myślenia młodzieży kończącej gimnazjum zmienił się średnicowo. Nie wymagało to zresztą ani zbyt wielkiej erudycji, ani forsownego oddziaływania. Niby gwałtowny, za usunięciem stawidła, wybuch wody z jeziora skrytego przed oczyma tych młodzieńców, wwaliły się na obszary, które dotąd znali: wielka poezja wygnańcza, historia rewolucji i upadków, prawdziwa historia czynów ludu, a nie jego rządu, wieczyście nowa, krwią przesiąkła, pełna żywotów godnych pióra Plutarcha albo Carlyle’a… Ta samoistna, oryginalna kultura wciągnęła ich do swej głębi. Był to rezultat nieunikniony. Zakaz policyjny, traktujący geniusz Mickiewicza jako niebyły, usiłujący zniweczyć pamięć o czynach i życiu Kościuszki, wzmógł tylko ciekawość, energię badania i miłości. Czytano rzeczy „zabronione” ze zdwojoną starannością, uczono się ich namiętnie i z uniesieniem, czego nie byłoby może, gdyby te dzieła były legalnymi, jak pisma Puszkina i Gogola”.

Zdarzyło się raz, że chłopcy mieli pić wino. Marcin się spóźniał na imprezę, ale po drodze w mroku zobaczył sylwetkę Majewskiego. Domyślił się, że belfer wie o „górce” i idzie tam szklakiem uczęszczanym przez grupę. Borowicz poczekał, aż Majewski przeszedł przez kładkę nad klerykowską rzeczką, po czym zdjął belkę, obszedł naokoło i korzystając z mroku, zaczął obrzucać nauczyciela bryłami błota.

Syzyfowe prace - dokładne streszczenie. Zemsta Marcina na Majewskim

Marcin z zadowoleniem stwierdził, że Majewski uciekł, przechodząc przez rzeczkę w bród. Następnie chłopak pobiegł ostrzec kolegów. Młodzież rozpierzchła się do domu, a po jakimś czasie umyty, wysuszony i przebrany Majewski z dwoma żandarmami powrócił na miejsce, lecz nie znalazł żadnych dowodów świadczących przeciwko konkretnemu uczniowi.

Rozdział XVII

Kiedy nadeszła wiosna, Marcin postanowił sam przygotowywać się do egzaminów. Chodził do starego miejskiego parku, gdzie bywała też Anna Stogowska zwaną Birutą. Dziewczyna była jedną z najlepszych uczennic siódmej klasy gimnazjum żeńskiego. Jej ojciec był lekarzem wojskowym o złej opinii. Kiedy studiował w Petersburgu, miał romans z córką właściciela domu, w którym mieszkał, więc zmuszono go do ożenku. Mieli wspólnie kilkoro dzieci, a najstarszą była Anna. Doktor Stogowski nie był szczęśliwy, więc oddawał się grze w karty i piciu. Jego żona tymczasem bardzo go kochała i dla niego nauczyła się idealnie mówić po polsku. Z czasem, gdy czytała o dziejach ucisku Polski, poczuła ogromne współczucie i znienawidziła swój naród tak bardzo, że nawet zerwała stosunki ze swoją rodziną. Również dzieci uczyła nienawiści do Rosjan, chociaż jako dzieci prawosławnej matki musiały chodzić do cerkwi i zaliczano je do Rosjan.

Najsilniej uczucia matki poczuła Anna, która, gdy została przez nią osierocona, miała czternaście lat. Przezwisko Biruta (było to imię legendarnej kapłanki litewskiej, porwanej przez księcia trockiego Kiejstuta, matki Witolda) nadały jej koleżanki, gdyż nie flirtowała z chłopcami, lecz wpatrzyła na nich wyniośle. Przysięgła na zawsze zostać dziewicą i poświęcić swoje życie czemuś innemu. Była wyniosła oraz jawnie i cicho zbuntowana, przez co stosowano wobec niej kary i grożono jej wydaleniem ze szkoły. Nikt nie domyślał się, jaką ma wiedzę, gdyż kształciła się sama. „Była nieufna, zamknięta w sobie, milcząca i nieprzystępna”.

Marcin zobaczył Birutę już w zimie, kiedy szła do cerkwi. Jednak z racji tego, że dziewczyna nie chodziła na żadne spotkania i nie spotykała się z koleżankami, trudno mu było się do niej zbliżyć. Raz, gdy miał się wpisać do pamiętnika jakiejś gimnazjalistki, natrafił na wpis Anny Stogowskiej, w którym zamieściła fragment wiersza Mieczysława Romanowskiego poległego w powstaniu styczniowym. Wydarł potajemnie tę kartkę i odtąd się z nią nie rozstawał, trzymając ją miedzy kartami „Antygony”. Pewnego razu, gdy wczesnym rankiem zaszedł do parku, by w samotności się pouczyć, natrafił tam na Birutę. Powtórzyło się to następnego dnia, i choć początkowo starał się na nią nie patrzeć, by jej nie spłoszyć, w pewnym momencie się zapomniał. Gdy Biruta podniosła na niego wzrok, zobaczyła, jak intensywnie Marcin się w nią wpatruje i jakie uczucia ma wypisane na twarzy. W kolejne dni się nie pojawiła. Marcin nie potrafił znaleźć sobie miejsca i bezskutecznie próbował stłumić swoje uczucia. Gdy stracił już nadzieję, dziewczyna znów pojawiła się w parku.

Syzyfowe prace - Marcin i Biruta

Rozdział 18

„Na początku września tegoż roku Borowicz, jako już młodzian „dojrzały” i cywilny, przybył do Klerykowa z wakacji niby to w celu załatwienia jakichś spraw koleżeńskich niecierpiących zwłoki. Ogorzała twarz jego była chuda, wzrok mu płonął. Od wyznania w parku miłości spojrzeniami, bez słów, nie widział „Biruty” ani razu. Na próżno szukał jej wszędzie, na próżno czatował po rogach ulic, w bramie sąsiedniej kamienicy, w parku, u ścian gimnazjum żeńskiego, we dnie i nocami. Zginęła dlań, jakby się w ziemię zapadła. (…) Egzamina pisemne i ustne, wręczenie świadectw, uczta pożegnalna, zdjęcie mundurów, ostatni dzień i ostatnia noc w Klerykowie — wszystko to minęło dla niego jak nierzeczywistość luźnie tycząca się jego osoby. Wakacje spędził w domu ojca, który zapadł był bardzo na zdrowiu. Marcin musiał prowadzić całkowicie gospodarstwo folwarczne, pilnować sianokosu i żniw”. Jego kolejną decyzją było podjęcie studiów w Warszawie.

Gdy tylko Borowicz wysiadł w Klerykowie z bryczki, wpadł na Starą Przepiórzycę, która ze wzruszenia rozpłakała się i zaprosiła go na kawę. Okazało się, że decyzją Kriestoobriadnikowa jako katoliczka musi zamknąć stancję. Od kolejnego roku studentami opiekować się będą tylko Rosjanie w specjalnie tworzonych internatach. Marcina niezwykle to rozzłościło, przez co doszło do sprzeczki pomiędzy nim a starym radcą Somonowiczem. Wzburzony Borowicz wyszedł i udał się w stronę domu Biruty, jednak już z daleka zaskoczył go fakt, że budynek wyglądał na opustoszały. Dozorczyni powiedziała mu, że doktor Stogowski wyjechał w głąb Rosji. Towarzyszyła mu też dzieci, w tym najstarsza córka: „A ino, pojechała i ona. Zapłakała se, chudziątko, jak przyszło włazić na furę. Jeszcze mi złotówkę wetknęła, żem, widać, sterczała jako się patrzy przy bramie”. Półświadomy Marcin poszedł do parku, czując niewypowiedzianą pustkę. Zastał go tam Andrzej Radek.

Syzyfowe prace - zakończenie

Kliknij poniżej, by sprawdzić swoją wiedzę o „Syzyfowych pracach”: